Obiad na 305 kilometrze.

Mając na uwadze praktyczne korzyści dla czytających nasze teksty napiszę dziś recenzję kulinarną z trasy nad morze. Wracając ostatnio z Gdyni zachciało nam się jeść gdzieś na trasie z Torunia do Warszawy oznaczonej w krajowym systemie dróg jako nr 10. Opisywane na tym blogu Leśne runa, niestety zostały już dawno wykasowane w naszej pamięci. To bliżej Grudziądza, z powodu oddania do użytku kolejnego 60 km odcinka autostrady aż do Torunia, omijamy mknąc jak najszybciej na południe. Drugi “jeżyk” Leśnego runa, ten zaraz za Toruniem ignorujemy solidarnie z powodu mało rodzinnej, znajdującej się w katastrofalnym stanie toalety na Orlenie, do którego restauracja jest doczepiona. Autostrada, to – wiadomo – kulinarna pustynia, najlepiej tam smakują połykane hurtowo kilometry. Za Toruniem staraliśmy się więc upolować piękny, drewniany zajazd z bali stojący gdzieś po prawej stronie drogi jadąc na Warszawę. Mamy taką zasadę, że jak komuś chciało się ściągać w środek Polski górali by coś takiego wyciosali to też będzie się chciało potem dla gości gotować. Zepsuci doświadczeniem kulinarnym podlubleskiej Bidy czy niedalekiej Jakubowej Izby wyszukiwaliśmy więc tylko czegoś drewnianego, w którym dałoby się zjeść. Przez większość trasy “dziesiątka” oferowała tylko karczmy, zajazdy i bary w stylu gminnego Las Vegas, z murowanym budynkiem, jaskrawym neonem na dachu i firankami w oknach. Niestety jedyny zajazd z bali chyba już przeoczyliśmy, przyczajeni za kawalkadą TIRów, w zapadającym zmroku.

Zbliżaliśmy się do Drobina będąc akurat w trakcie rodzinnej gry: “zadaj zagadkę”. Zaczęliśmy żartować, że w Drobinie pewnie można zjeść tylko drób albo coś bardzo drobnego. Albo, że sam Drobin jest tak drobny, że można go ominąć nie zauważywszy.  Okazało się, że w Drobinie jest najnowocześniejszy bar jaki kiedykolwiek widzieliśmy na polskich drogach. Nie da się go nie zauważyć. To taki bardzo prosty, szklany pawilon postawiony tuż przy stacji Statoil. W ponurym krajobrazie mazowieckich wsi, gdzie w zagrodach dominuje nieotynkowany pustak nie da się nie zauważyć tak bardzo starannie zaprojektowanej konstrukcji. Wnętrze przemyślane jest w każdym najdrobniejszym detalu. Dominuje skandynawska biel a także czerń objawiająca się również w strojach obsługi. Nad barem pełnym schowanych za szkłem potraw, które zaraz nam mogą z-grillować stoją również niebanalne sałatki i desery. Pozytywnie zaskoczyła nas wśród mięsiwa miska z gotową do podania, zapiekaną kaszą gryczaną. Za załamaniem sklepowej lady zaskakuje także wystawa z wędlinami a po przeciwnej stronie drewniany regał z przetworami mającymi wyglądać jak te z domowej spiżarni.  Lokal, który bez problemu mógłby być bufetem restauracyjnym w czterogwiazdkowym hotelu nazywa się Stara Wędzarnia. O tym komu u licha chciało wywalać się tyle pieniędzy by nakarmić zmotoryzowanych użytkowników krajowej dziesiątki – dowiedziałem się później w domu gdy spojrzałem na rachunek na którym widniała nazwa właściciela. Po wejściu zastanawialiśmy się przez chwilę gdzie siąść. W końcu naszą rodzinkę posadziła przy stoliku obok siebie ekipa w czerni mówiąc że tak będzie nam cieplej. Powiedzieli, że robią tam coś w rodzaju audytu i że lokal czynny jest dopiero od dwóch tygodni. Zamówiliśmy żeberka  grillowane, “polskie pierogi ruskie”, placki ziemniaczane bez dodatków oraz żurek. Żurek – poezja: delikatny, świeżutki, świetnie skomponowany – nie za tłusty  i nie za chudy. Żeberka z ziemniaczanymi talarkami smakowały wyśmienicie choć w ich podziwianiu przeszkadzał trochę obfity, bardzo ostrożnie doprawiony sos. Podane były na prostokątnym talerzu wpasowującym się idealnie w prostokątny, drewniany stół. W ten talerz wpasowała się miska ze smaczną sałatką. Miałem jednak wrażenie, że projektanta wnętrz trochę poniosło z tą miską. Wysoka miseczka z sałatką przeszkadzała w dostępnie do żeberka mimo, że w firmowym, papierowym etui otrzymałem piękne sztućce z drewnianymi rączkami, w tym – super sprawny nóż-piła. O tym, że projektant zaczął się bawić wnętrzem zapominając o walorach użytkowych przekonałem się gdy przyniesiono nam herbatę. Dostaliśmy ją w pięknych porcelanowych czajniczkach najwyższej jakości. Trochę bezradny, zwróciłem po chwili uwagę, że nie podano nam kubków. Zostałem zawstydzony gdy kazano mi rozebrać dzbanek z herbatą na pół. Pod spodem był kubek-matrioszka. Potem mina mi zrzedła gdy chciałem wyrzucić coś do kosmicznego kosza przy barze. Zauważyłem, że świecą na nim kolorowe diody więc sprawa nie będzie prosta. Z opresji wybawiła mnie obsługa otwierając klapę jednym machnięciem ręki nad nią. Dobrze, że nie trzeba było klaskać.

Na stole zrobiło się trochę ciasno. Po przyszykowaniu herbacianego wywaru chciałem gdzieś odstawić gdzieś wymyślny imbryk. Wpadłem na pomysł by postawić go z powrotem na miseczkę z herbatą. Zapomniałem jednak, że tam była już herbata. Matrioszka zanurzyła się swym brzuchem w gorącym napoju, który wypłynął na stół i moje kolana. Z ruskimi mieliśmy ten problem, że nie dały się przepołowić na pół widelcem. Widząc tę gimnastykę siedząca obok audytorka kazała sobie podać to samo. Potem obserwowaliśmy jak daje pierogi do zjedzenia kelnerowi. Placki pozbawione okrycia z sosu i mięsiwa również obnażyły swą niedoskonałość. W środku chrupały surowe kawałeczki ziemniaków. Pani Szpinak stwierdziła, że są z dodatkiem proszku do pieczenia. Rzeczywiście! Wyglądały zbyt ładnie!  Powiedziałem o tym pani audytor. Udała się z plackami do szefa kuchni, potwierdziła po powrocie nasze przypuszczenia co do surowości, przeprosiła, zaproponowała drobny poczęstunek i zwrot gotówki za nie. Pewne niedociągnięcia z herbatą wynikały też z tego, że zamawialiśmy dwie, na dwie osoby a matrioszkę dostaliśmy jedną. Po zwróceniu uwagi młody kelner przyniósł nam po prostu drugi kubek-miseczkę bez dodatkowego dzbanka. Nie nacieszyliśmy się zbytnio smakiem kompozycji firmy Richmond pijąc ją na spółkę. Daliśmy już spokój z prostowaniem zamówienia bo pani wyglądająca na menadżerkę siedzącą przy audytorce miała już chyba wszystkiego dość. Pożegnaliśmy się ciepło dziękując za miłą gościnę. Dobrze też, że nie fotografowaliśmy uprzednio jak to czasami mamy w zwyczaju. Może jakieś fotki zrobimy następnym razem?!

Mimo pewnych niedociągnięć związanych z niedotartą jeszcze obsługą możemy śmiało polecać Państwu Starą Wędzarnię w drodze nad Bałtyk. Tak będą wyglądać przydrożne bary w Polsce za 100 lat, gdy staniemy się drugim Kuwejtem czerpiąc pełnymi rurami gaz łupkowy z ojczystej ziemi. Wrócą wtedy najlepsi kucharze dorabiający się obecnie gdzieś na Zachodzie. Właścicielem lokalu jest jedna ze spółek należących do firmy Olewnik.

Zrobiłem po podróżne porządki w samochodzie i postanowiłem zrobić mały collage. Mapa wyrwała się kiedyś z atlasu i czekała aż włożę ją z powrotem do atlasu lob do kosza.  Doczekała się internetowej sławy. Nie ma nic wspólnego z omawianą okolicą ale robi za fajne tło. Rachunek za autostradę obejmuje jakieś 160 km.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Obiad na 305 kilometrze.

  1. mama ucznia. pisze:

    Super, ze już jesteście. Tęskniłam za Wami. Jak tylko podłączą nas do stałego internetu to wracam do siebie, tzn: na blog. POZDRAWIAM CIEPŁO.

  2. agap pisze:

    Chyba zaryzykuję, że żeberka skonsumował pan Szpinak :)
    Fajnie, że znowu nadajecie :)

  3. szpinak pisze:

    Dzięki za ciepłe słowa! Czekamy aż mama ucznia znowu zacznie nadawać. Żeberka jadłem ja.

  4. szpinak pisze:

    Zamieściliśmy recenzję trzy dni przed “gastronautami”. Recenzent “jajnick” też miał przygody z pierogami.

    link do gastronautów tutaj:

    http://www.gastronauci.pl/21754-grill-bar-stara-wedzarnia-drobin

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s